Dziękuję, kochane! Dopingujecie do dalszej pracy. A ów doping się przyda, bo... zapowiedź nadchodzących wydarzeń:
Odkąd dzięki Weraph trafiłam na
tego bloga, chodziło za mną farbowanie nici. Bądźmy szczerzy, takich melanży i takich kolorów w sklepach nie znajdę, a moje zamiłowanie to nich jest chyba ogólnie znane, więc myśl wydawała się kusząca. Tym bardziej, że autorka opisała cały proces ze szczegółami i okazał się on niezbyt skomplikowany. Matką chrzestną pomysłu została Bajkopisarka, z którą opracowałyśmy plan, ustalając listę potrzebnych rzeczy, niuansów poszczególnych gatunków nici i zarażając się nawzajem entuzjazmem. Po zgromadzeniu niezbędnych utensyliów, wygospodarowaniu wolnego czasu i dostosowaniu instrukcji i wskazówek do własnych potrzeb... voila!

Zabawa była przednia - czułam się jak prawdziwy alchemik ;-)
Mniej zabawne było rozplątywanie kłębków, które na etapie płukania zamieniły się w węzły gordyjskie... Dzięki pomocy Geda udało się je doprowadzić do postaci widocznej na zdjęciach i nie zwariować przy tym.
A efekt... Przyznam, że jestem nim zachwycona, nie spodziewałam się tak soczystych kolorów o dużej trwałości. Z pewnością będę w najbliższym czasie wpróbowywać następne kolory :-)





