"Utonąwszy" we frywolitkach zapomniałam o decoupage'u...
No, niezupełnie tak: na razie nie rozkładam się z żadnym warsztatem, który nie daje się sprzątnąć w każdej dowolnej chwili (stąd odpada możliwość lakierowania). Ale przeglądając półkę z książkami odnalazłam tam zadekupażowaną zakładkę, która pod opasłymi tomiszczami miała się wyprostować - bo jakoś tak ją zwichrowało podczas malowania itd. W zasadzie nie ma się czym chwalić, bo jest to jedna z pierwszych rzeczy pokrytych przeze mnie dwuskładnikowym crakiem, który utworzył góry i doliny. A to jeszcze nie było najgorsze. Prawdziwe kłopoty pojawiły się po wypełnieniu pastą "bitum" spękań i generalnie całej powierzchni zakładki. Wszystko zrobiło się brzydkie i nawet terpentynka nie pomogła... Zeszlifowałam, co się dało (razem z tamtymi górami i dolinami krak-medium), a drugą stronę wypełniałam tylko cieniami do powiek. Na koniec jeszcze lekko polakierowałam, żeby zabezpieczyć wypełnienie spękań. No i wyszedł taki koszmarek, który długo leżał w ukryciu, a i tak do końca się nie wyprostował...

I zupełnie nie wiem, dlaczego nakleiłam motyw tak, że wstążka jest "u góry"
