Ostatnio widziałam w empiku coś jakby arkusze A4 z gumy, ale nie jestem pewna czy by się nadało, bo spieszyłam się na angielski.
Jak byłam mała to razem z "przyszywaną" kuzynką, która studiowała grafikę, robiłam coś jakby formy do drukowania wycinając je z linoleum. Potrzebne jest do tego takie grubsze linoleum. Z tego co pamiętam ono z jednej strony było twarde i miało wzorek, a z drugiej było pokryte dość miękką białą gumą. Rysowało się najpierw szablon na papierze, a potem odbijało wzór na tej białej stronie (trzeba było pamiętać, że pieczątka po odbiciu będzie tak jakby lustrzanym odwzorowaniem obrazka na niej) i wyciąć tą część, której nie miało być widać na końcowym obrazku. Do wycinania używałyśmy radełka do paznokci i czasem nożyka do tapet, kuzynka miała też takie małe dłutko, które było doskonałe jak trafiło nam się twardsze linoleum. Ja robiłam z tego szablony mniej więcej wielkości mojej dłoni, kuzynka prace na zajęcia z grafiki znacznie większe, największa miała chyba 120x200 cm. Trochę inna sprawa, że kuzynka miała też dostęp do takiej małej maszyny drukarskiej na uczelni. Kładło się pomalowany tuszem szablon na specjalnym blacie, na to kładło kartkę i potem izolacyjną gąbkę, żeby się nic nie przesuwało. Następnie kręciło korbką w jedną stronę, blat przejeżdżał między dwoma wałkami, potem w drugą, blat wracał do pozycji wyjściowej i gotowe. Z małymi formatami radziłam sobie spokojnie przy użyciu książki albo metalowej łyżki celem lepszego dociśnięcia szablonu do papieru. Miałam wtedy jakieś 12 lat i ogromną frajdę z zabawy tą prasą

Mam nadzieję, że ta moja chwila wspomnień pomoże fanom stempelków w odkryciu całkiem nowych możliwości.